Blog

Początki

Nie będę pewnie oryginalny jeżeli napiszę że moja przygoda z profesjonalnym gotowaniem to kompletny przypadek . Pewnie wielu Szefów Kuchni może powiedzieć to samo. Podejmowanie decyzji o własnej przyszłości w wieku 15 lat to loteria. Po podstawówce papiery złożyłem do Technikum Samochodowego pod wpływem Ojca, który twierdził że to porządny zawód dla chłopaka. Los chciał jednak inaczej, nie zostałem mechanikiem, bo kiedy skończyłem 15 lat , odeszła od nas Matka i razem z młodszą siostrą zostaliśmy sami pod opieką Ojca. Jedyną alternatywą porządnego posiłku pozostawały mrożonki-gotowce do piekarnika, kanapki lub jajecznica. Wtedy trochę pod presją rodziny, raczej nie z przekonania czy poczucia obowiązku, przeniosłem w ostatniej chwili papiery do Szkoły Gastronomicznej przy ul. Poznańskiej w Warszawie. Szkoła ta w tamtych czasach uchodziła ponoć z najlepszą „akademię kulinarną” w kraju  Prześliznąłem się przez wszystkie lata nauki i praktyk bez większego entuzjazmu i zapału. Niestety nie złapałem bakcyla do gotowania. Praktyki w dobrym lokalu należało załatwić sobie samemu , a do tego trzeba było mieć znajomości, lub odbębnić je w szkolnej jadalni lub przyszpitalnej stołówce, zaliczyłem oba miejsca. Zajęcia z teorii były nudne, podręczniki z poprzedniej epoki, dostęp do ciekawych produktów praktycznie żaden. W tamtych czasach nie było nawet porządnego programu kulinarnego w TV, Internet nie istniał, innych źródeł wiedzy jak na lekarstwo. Dzięki pomysłom z pożyczonej książki, „Kuchnia Śródziemnomorska”. Produkty do egzaminu kosztowały fortunę na Bazarze przy ul. Polnej. W sklepie spożywczym mogłem kupić co najwyżej sól morską i ocet winny. Praktyczny i teoretyczny egzamin końcowy zdałem na piątkę, zaskakując nie tylko Wykładowców ale również samego siebie.

Zajawka

Pierwsza praca zaraz po szkole w Hotelu Forum, załatwiona przez sąsiadkę mojego przyjaciela. W latach 90-tych Restauracje hotelowe Grupy Orbis były synonimem jakości i światowych, wysokich standardów. Gośćmi 4-5 gwiazdkowych hoteli byli wtedy głównie cudzoziemcy. Dostanie się z ulicy do Działu Kadr ze świadectwem ukończenia szkoły gastronomicznej, podaniem i życiorysem (nie operowano wtedy terminami CV czy HR) nie wystarczyło trzeba było mieć rekomendacje. Pierwszy dzień pracy, SZOK ! Zupełnie inny świat, jak bym wyjechał do pracy na zachód. Automatyczne drzwi hotelu dzielił dwa równoległe światy. Na samym wejściu w lobby , Bar bogato zaopatrzony w napoje i alkohole o których istnieniu nawet nie wiedziałem. W magazynach i chłodniach kuchennych, półki wypełnione produktami z importu: polędwica argentyńska, jagnięcina nowozelandzka, kawior astrachański, ostrygi, anchovies, kapary, oliwki, oliwa extra virgin… Dzisiaj może brzmieć to zabawnie, ale w tamtych czasach w państwowych sklepach takie produkty nawet się sporadycznie nie pojawiały. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem krewetki ! Przypomniały mi się wtedy słowa Pani Ewy, to ona załatwiła mi tu pracę. „ Może dostaniesz większe pieniądze na początek u jakiegoś prywaciarza, ale lepszego startu i możliwości rozwoju niż u nas nikt ci nie da” Pierwszego dnia przydzielono mnie do pomocy Kamilowi, chłopakowi zaledwie rok starszemu ode mnie, z którym czasem widywaliśmy się w przerwach między zajęciami, na fajku w toalecie lub przed szkołą. On w hotelu pracował już od 8 miesięcy, kiedy zobaczyłem czego się już nauczył, na jakich produktach pracuje, jaki ma warsztat pracy. Zajarałem się ! Coś pykło ! Wszystko zaczęło mnie interesować , zaglądałem do garów starszym kucharzom, jeszcze nie kolegom, bo na koleżeństwo ze „Starymi” trzeba było zapracować. Biegłem do pracy ciekaw , jak będzie wyglądał nowy dzień. Hotel obsługiwał kompleksowo: restaurację, bankiety, bufety, grupy wycieczkowe, cateringi, live cooking, organizował festiwale kuchni regionalnych, nawet zapraszał Szefów Kuchni z zagranicy wraz z ekipą do prezentacji swoich tradycyjnych potraw. .Młodych rzucali tam gdzie była doraźnie potrzebna pomoc. Ekscytowało mnie to ! Biegłem do pracy i nie wiedziałem co będę robił , na jakiej sekcji i z kim pracował. Jednego dnia przewijało się przez kuchnie ze czterdziestu kucharzy. Nudy nie było ! Pracowaliśmy na pełnych obrotach , gotowaliśmy kosmiczne ilości tak różnorodnego jedzenia, mając dostęp do takich produktów że miejskie, prywatne restauracje mogły tylko pomarzyć. Steki, ryby z głębin, owoce morza, Nawet nie zauważyłem jak minęło 5 lat pracy przez które zdobyłem doświadczenie, umiejętności i wiedzę która pozwoliła mi mierzyć już tylko wyżej. Nabrałem pewności, wyzbyłem się kompleksów, wzrosło poczucie własnej wartości. Miałem 22 lata i byłem gotowy zostać Szefem Kuchni. CDN.

Podobne wpisy

6 Komentarzy

    1. Bardzo miło mi to słyszeć Wojtku 🙂 Przepisy będą przeplatane historiami i anegdotami z gastronomii , Dziki Zakątek też się pojawi, pewnie nie raz bo to w końcu 8 lat z życia. Zapraszm do śledzenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.